Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 03 - Wojenne Łupy - Rozdział 11

    Gdy winda opuszczała się na najniższy zamieszkały poziom Bazy Tamerlane, Lalelelang czuła się bardziej nieswojo niż Straat-ien. Może z powodu "lotniczej" przeszłości, Waisowie dobrze się czuli w wysokich miejscach, zaś podziemne pomieszczenia bardzo ich niepokoiły. Mimo to nic nie powiedziała, kiedy winda wreszcie zwolniła, a pojedyncze drzwi uniosły się w górę, umożliwiając wyjście.

    Trzymała się blisko człowieka, podziwiając jego obojętność na klaustrofobiczne, nikło oświetlone otoczenie.

    - Ach, wy Ziemianie - mruczała. - Potraficie biegać i skakać, poruszać się pod wodą, pełzać po jaskiniach, robić wszystko, z wyjątkiem latania. Tak śmiesznie łatwo przystosowujecie się do otoczenia.

    - Musieliśmy - powiedział Straat-ien, sprawdzając schemat, który miał w ręku. - Jako specjalistka od ziemiańskich spraw, musisz znać geologiczne i meteorologiczne kaprysy naszej ekscentrycznej planety. Nie jest szczególnie łaskawa, jak inne, na których wyrosły niezależne inteligencje. Twój świat, na przykład, jest ogrodem w porównaniu z większością kuli ziemskiej.

    - Wiem. Kontynenty, morza. Tektonicznie aktywna. Absurdalny stan rzeczy. To dużo wyjaśnia, jeśli chodzi o waszą szczególną ewolucję.

    - Nasi przodkowie musieli nauczyć się, jak wypełnić różnorodne nisze ekologiczne. - Przerwał na chwilę, by zerknąć na plan, po czym skierował się w prawą odnogę korytarza. - Zgodnie z tym, większość miejsca tu na dole wykorzystywana jest jako magazyn do przechowywania delikatnych i mało używanych rzeczy.

    To, że ktokolwiek chciał być zakwaterowany w takim ciemnym, wilgotnym miejscu wydawało się niemożliwe. Straat-ienowi przypomniały się dawno temu oglądane wizerunki starożytnych lochów na Ziemi. Tylko jeden gatunek, jedna rasa członkowska Gromady uznawała takie otoczenie za odpowiednie.

    - Miałem ciężką przeprawę, organizując to spotkanie narzekał. - Pomogła moja ranga. Nie powinniśmy przebywać tam zbyt długo. Tak, czy inaczej, rozwiązanie tego nie powinno zająć dużo czasu.

    Przypomniała sobie jego ostrzegawcze słowa o tym, że to spotkanie może się okazać niebezpieczne i zadrżała. Jej towarzysz nie zwrócił na to uwagi. Delikatni Waisowie drżeli często z powodów, których inni nie mogli pojąć. Krótkie pióra, okrywające jej szyję poruszyły się i znieruchomiały.

    Zatrzymali się przed brzydkimi drzwiami. Nevan zapowiedział ich, zwracając się do małego głośnika osadzonego w ścianie i zdając sobie sprawę jeszcze w trakcie mówienia, że nie było to konieczne. Kamera holowizyjna zamocowana ponad drzwiami pokazywała go we wnętrzu pomieszczenia. Minęła chwila, zanim framuga drzwi została zalana blado-fioletowym światłem. Gdzieś z wnętrza popłynęło ciche, elektroniczne powitanie. Przeszkoda odsunęła się na bok.

    - Ja będę mówił - szepnął.

    - Dobrze.

    Znaleźli się w przykrytej kopułą sali. Ściany i podłoga płynnie przechodziły w siebie nawzajem, stanowiąc jedność. Całkowity brak kątów prostych i ozdobna faktura ścian nadawały pomieszczeniu miękki, gładki charakter, zupełnie jakby stali we wnętrzu jakiegoś olbrzymiego, pustego jajka. Meble, jeśli to meble, były niskie i masywne.

    Przeciwna strona sali składała się z samych okien. To nie był przezroczysty pancerz, tutaj nie było potrzeba opancerzenia, ale jakiś inny, przejrzysty materiał wystarczająco odporny, by stawić czoła naporowi morskiej wody, która go atakowała w rytmie przypływów i odpływów. Przebywali pod powierzchnią chemadiańskiego morza i byli świadkami jego cudów.

    Ryby z bajecznie kolorowymi płetwami leniwie przepływały tam i z powrotem w małych ławicach, podczas gdy para długich, węgorzowatych istot przeganiała się wzajemnie z błotnistego dna. Małe stworzenia o miękkich ciałach zostawiały ślady w mule, pełzając pośród spiczastej, jasno-zielonej i żółtej roślinności.

    To było kosztowne otoczenie, ale pojedynczy mieszkaniec sali miał specyficzne żądania. Jego obecność była uznana za wystarczająco ważną, żeby zaspokoić osobiste zachcianki.

    Nie przewidziano też udogodnień dla gości. Oboje, Ziemianin i Wais, zmuszeni byli mrużyć z wysiłku oczy, by odróżnić kształty w półmroku. W porównaniu z umiarkowanym klimatem na powierzchni, to wydzielone wnętrze było zimne i wilgotne.

    Nevan sprawdził swój translator zanim zwrócił się do cieni:

    - Pułkownik Nevan Straat-ien i Szanowna Uczona Historyczka Lalelelang stawiają się zgodnie z umową.

    - Wiem kim jesteście, inaczej nie wpuściłbym was do środka.

    Pomimo heroicznych wysiłków innego, niewidocznego translatora, słowa były zniekształcone i niewyraźne, wręcz trudne do zrozumienia.

    Duży kształt, który Nevan początkowo wziął za część umeblowania, oddzielił się od podłogi i przysunął się do okna, gdzie niezdarnie się obrócił, by stawić im czoła. W gardle Lalelelang zagwizdało powietrze.

    Po raz pierwszy w życiu osobiście spotkała Turloga, choć dobrze znała te masywne, wolno poruszające się cielska z holobrazów i nagrań. Istota usadowiła się na swoich wielu pękatych nogach i spojrzała na nich zimno oczami osadzonymi na długich szypułkach.

    Ręka, czy też noga wysunęła się i popieściła pobliską wypukłość, która, jak się okazało, zawierała szereg organicznych ekranów. Straat-ien wiedział, że dzięki nim turlogowscy taktycy przekazywali swe myśli i rady dowództwu Gromady. Turlogowie nie byli zachwyceni zwyczajem osobistej wymiany myśli. Prawdę mówiąc, nie byli zachwyceni czyimkolwiek towarzystwem, wliczając w to ich własne, co było głównym powodem, dla którego rasa tych bardzo szanowanych, długo żyjących stworzeń zawsze pozostawała na niebezpiecznie niskich poziomach.

    - Nie wiem, dlaczego tak bardzo nalegaliście na to spotkanie. - Szypułki oczne zahuśtały się, a zestresowany translator syczał i brzęczał. - Ponieważ to spotkanie musi być dla was równie nieprzyjemne jak i dla mnie, proszę, żebyście podali jego powód, aby jak najszybciej je zakończyć. Podczas rozmowy tracę czas kontemplacji. Trzeba wymyślić i zweryfikować strategię, a jestem tu sam.

    - Zdaję sobie z tego sprawę - odpowiedział Nevan - i przepraszamy.

    Turlog nie zrobił nic, by załagodzić przysłowiową obcesowość swojego gatunku.

    - Nie traćcie już więcej czasu próbując nadać znaczenie śmieciom socjalnych grzeczności. Przedstawcie swoją sprawę.

    - Powinieneś zostać poinformowany, że moja towarzyszka Wais jest uznaną historyczką. Czy uprzedzono cię, jaka jest jej specjalizacja?

    - Wspominano coś o trwających próbach utrwalenia i zanalizowania stosunków pomiędzy Ziemianami i innymi gatunkami.

    - Zgadza się.

    Podczas gdy Nevan mówił, zafascynowana Lalelelang przyglądała się tej nadzwyczajnej istocie. Nie przypominała niczego, co do tej pory widziała, czy to wśród Gromady, czy pośród wrogów. Była w swej formie i stadium rozwoju nawet bardziej obca, niż oddychający helioxem Chirinaldowie.

    - Pomagam jej w badaniaeh - mówił Straat-ien. - Wysunęła ona interesującą hipotezę.

    Przestraszona Lalelelang położyła koniec skrzydła na jego ramieniu. Żaden z jej kolegów nie odważyłby się na taki gest, ale to i tak nie miało żadnego znaczenia. Strząsnął jej kończynę.

    - Ona sugeruje, że gdy Ampliturowie i ich poplecznicy zostaną ostatecznie pobici, my Ziemianie zwrócimy się przeciw naszym byłym sprzymierzeńcom z powodu rozpaczliwej potrzeby kontynuowania walki.

    - Pułkowniku Nevan!

    Uśmiechnął się uspokajająco:

    - Wszystko w porządku, Lalelelang. To tylko teoria. Czasami trzeba prowokować, by wymusić jakąś reakcję. - Spojrzał na Turloga. - Co o tym myślisz?

    - Interesujące, jak nadmieniłeś. Nie wierzę, żeby to było słuszne. Oczywiście nie miałem styczności z materiałami, na podstawie których ta teoria jest oparta. Jeśli za twoją decyzją przyjścia tutaj kryła się chęć uzyskania mojej opinii, odejdziesz bez niej. Nie wykonuję niczym nie popartych analiz.

    - Chcesz przez to powiedzieć, że ani trochę nie jesteś zainteresowany hipotezą o tak wielkiej wadze, że jeśli okaże się prawdziwa, może niepomyślnie wpłynąć na twój własny gatunek?

    - Czemu miałoby się tak stać? - Stopy stworzenia poskrobały po podłodze. - Mieliśmy z waszą niecywilizowaną rasą jedynie bardzo powierzchowne kontakty.

    - Niecywilizowaną, ale użyteczną - zareagował Straat-ien.

    - Nie czujcie się wyróżnieni. Z powodu naszej odludnej natury staramy się mieć tak mało kontaktów z innymi istotami, jak to tylko możliwe. Traktujemy to jako, jak byście powiedzieli, zło konieczne.

    Straat-ien przytakiwał.

    - Jednak od samego początku wojny Turlogowie zaangażowali się w opracowywanie wielu klasycznych dziś bitew przeciw Ampliturom. Było to na długo przed tym, nim Ziemia wciągnięta została do wojny.

    - Ty również nauczyłeś się trochę historii. Ale to wszystko jest nieważne i nie warte mojego czasu. Jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, odejdź.

    Straat-ien zmienił pozycję.

    - Nie jesteś wystarczająco zaintrygowany? Więc posłuchaj tego. Ostatnio dowiedziałem się, że w walce o planetę zwaną Houcilat brało udział trzech Turlogów.

    Nie było natychmiastowej reakcji. Przezroczysta ściana zewnętrzna była całkowicie dźwiękoszczelna i jedyne odgłosy w sali pochodziły od tych trzech, całkowicie odmiennych organizmów przetwarzających tlen.

    - I co z tego? - odezwał się wreszcie stwór.

    - Wygląda na to, że przetrwali oni atak, a nawet udało im się uciec przed krygolickim szturmem, który zniszczył tę pechową kolonię.

    - Tak jak udało się wielu Ziemianom, Hivistahmom i Massudom.

    - Wy Turlogowie macie rozległe zainteresowania, ale jak sam mówiłeś, rzadkością jest, aby aż dwóch z was znalazło jednocześnie się w tym samym miejscu.

    Translator dławił się i męczył.

    - Dla ciebie fakt, że trzech moich pobratymców było obecnych na tym nieszczęsnym świecie, jest niezwykły. Nikt inny nawet nie zwrócił na to uwagi.

    - Miałem ostatnio okazję przestudiować trochę interesujących, skorelowanych informacji. I tak się składa, że moja osobista motywacja jest silniejsza, niż waszego przeciętnego historyka. Widzisz, ja jestem czwartym pokoleniem Ocalonych z Kossuut.

    Szypułki uniosły się i opadły. Twarz stworzenia pokryta była twardą skorupą i przez to niezdolna była do wyrażania czegokolwiek, zaś wyłupiaste oczy niczego nie ujawniały.

    - To wyjaśnia twoje zainteresowanie Houcilatem. Jeśli przychodząc tutaj chciałeś uzyskać nowe informacje, bo w czasie krygolickiej masakry przebywało tam trzech moich krewnych, to obawiam się, że nie mam do dodania nic do tej smutnej historii, co nie jest osiągalne z normalnych źródeł.

    - Zaczekaj. Dopiero zaczynam. Turlogowie byli również obecni na Kobanie, Eirrosadzie i innych planetach Gromady, na których moi genetycznie zmodyfikowani przodkowie byli zmuszeni do walki przeciw Gromadzie w imieniu ich ówczesnych panów, Ampliturów.

    - Nie widzę końca twoich dociekań. Turlogowie byli obecni na większości planet, o które walczono, pomagając wymyślić strategię i taktykę dla potrzeb Gromady. Ziemiańscy dowódcy zyskali na naszych wysiłkach na równi z innymi.

    - Nie zaprzeczam. Tak samo jak nie można zaprzeczyć, że Turlogowie rzadko dostają się do niewoli na spornych światach, zwykle dlatego, iż przebywają w bezpiecznych miejscach, jak to. Tylko kilka razy się to zdarzyło. Na przykład na Houcilat. Jak również na Koban. Jak również na Eirrosad. W każdym z tych przypadków ujęci Turlogowie byli później wymieniani na Krygolitów, albo Mazveków, czy innych jeńców wojennych wroga.

    - Jesteśmy wdzięczni za to, że nasza wartość jest uznana i doceniana - powoli odrzekł Turlog.

    - Och jest, jest.

    Teraz już i Lalelelang przyglądała się swojemu towarzyszowi z takim samym zdziwieniem jak Turlog. Czy on tak tylko sardonicznie bredził, by zobaczyć jaką reakcję uda mu się sprowokować, czy też miał coś konkretnego na celu? Bez wątpienia ich gospodarz również się nad tym zastanawiał.

    - Jestem pewien, że wasza manifestowana użyteczność była powodem, dla którego Gromada tak gorliwie dążyła do repatriacji tych z was, którzy byli ujęci na Houcilat, Eirrosad i Koban i na jeszcze kilku planetach. Uważam też za fascynujący fakt, że wy również, tak jak Ampliturowie, jesteście obojnakami.

    Nogi zaszurały.

    - Po co zbaczasz z tematu, wspomnając nasze metody reprodukcji?

    - Nie jestem pewien. Próbuję znaleźć powiązania pomiędzy pewnymi faktami i nie jest to łatwe. Fascynuje mnie również to, że twoi kuzyni byli złapani przez Ampliturów na planetach, na których moi przodkowie walczyli, zanim zostali uwolnieni od genetycznych machinacji kałamarnic, oraz to, że wszyscy oni zostali zwolnieni.

    - Zdarzało się, że moi pobratymcy bywali brani do niewoli na światach nieznanych twoim przodkom, setki lat przed tym, jak Ziemianie pojawili się na Kossuucie, Houcilacie, czy gdziekolwiek w Gromadzie. Liczymy się z możliwością ujęcia jak każdy, kto aktywnie uczestniczy w dochodzeniu swoich praw na spornych planetach.

    - Jak szlachetnie z waszej strony. Poświęćmy chwilę na przypomnienie sobie faktów. Gdy Krygoliei przypuszczają atak na Houcilat, są tam trzej Turlogowie. Zostają pojmani, ale udaje im się ujść z życiem, a nawet są później repatriowani, choć setki Ziemian i Massudów zostaje zabitych. Dwóch Turlogów dostaje się do niewoli na Kobanie i po jakimś czasie wracają. Ta sama sytuacja powtarza się później na Eirrosadzie.

    - Powtarzasz się. Skończ i odejdź. Tracę kontemplację.

    - Pokontempluj to: wygląda, jakby od czasu Ocalenia do normalnej postaci Ziemian, którzy zostali przez Ampliturów zmodyfikowani by wyglądać jak Ashreganie, pewnym Turlogom bardzo zależy na zintegrowaniu takich osobników ze społecznością normalnych Ziemian.

    - Takie obserwacje świadczą o wszechobecnym wysiłku wojennym.

    Straat-ien powoli kręcił głową z nieznanych powodów.

    - Nic by nie zauważono, gdybym nie był zaangażowany w badania Lalelelang. Bez jej programów korelacje pomiędzy działaniami Kossuutczyków i Turlogów pozostałyby nie wykryte. Nawet bym nie wiedział jakiego rodzaju pytania zadawać. A najśmieszniejsze jest to, że pracowaliśmy nad czymś zupełnie innym. Natknąłem się na ten, nie powiązany ze sobą, zbieg okoliczności zupełnie przypadkowo. Nazywamy to szczęściem.

    - Próbujesz dać mi coś do zrozumienia - zajęczał translator.

    - Jednej rzeczy ciągle nie rozumiem - powiedział Straat-ien. - Co chcieli osiągnąć Turlogowie opracowując strategię dla Gromady i w tym samym czasie pomagając Ampliturom w ich eksperymentach na pojmanych Ziemianach? Odniosłem wrażenie, że niektórzy z was, Turlogów, pracują dla obu stron.

    Lalelelang popatrzyła na niego zaszokowana. Ze strony Turloga nie było żadnej reakcji.

    - To jest bardzo dziwne stwierdzenie - powiedział wreszcie obcy. - W jednym względzie masz rację. Co byśmy osiągnęli z takiej sprzeczności? Dlaczego ktoś miałby popierać obie strony konfliktu?

    - No cóż, muszę przyznać, że nie znam innej rasy, która mogłaby to robić. Podejrzewam, iż ma to coś wspólnego z faktem, że Turlogowie są jedynym znanym gatunkiem inteligentnym, który potrafi myśleć o dwóch całkowicie przeciwstawnych rzeczach na raz. Nawet Ampliturowie tego nie potrafią.

    - Nie ma Turlogów walczących dla Ampliturów. Wiesz, że gardzimy wielkim Celem równie mocno, jak każdy inny członek Gromady. Twoje podstawowe badania powinny niedwuznacznie to wykazać. - Głos Turloga nie zdradzał złości, czy zdenerwowania. Od samego początku rozmowy jego ton nie zmienił się ani na jotę.

    - Moje badania wykazały - kontynuował Nevan - że spośród wszystkich gatunków tworzących gromadę, Turlogowie najprędzej mogą mieć swój własny cel. Miałem nadzieję, że w świetle tego, co odkryłem, będziesz w stanie mi to wyjaśnić. Czego właściwie Turlogowie oczekują po Wielkiej Wojnie? No dalej, wykaż mi absurdalność moich przypuszczeń. Pokaż, gdzie moje statystyki się mylą. Przekonaj mnie, że moje tezy nie są nic warte.

    - Dużo pytań. Niewyraźna sylwetka Turloga poruszyła się. - Nigdy nie udałoby ci się przekonać o niczym najwyższego dowództwa.

    - Może i nie, ale myślę, że Ziemiańskie naczelne dowództwo będzie dużo bardziej podatne na te rewelacje. Pamiętaj, jesteśmy ogólnie rzecz biorąc niecywilizowani, dużo bardziej podejrzliwi i nieufni, niż byliby S'vanowie, czy Hivistahmowie.

    Turlog usadowił się, na czymś, co wyglądało jak duży kloc drewna, przymocowany do podłogi, ale co faktycznie było dużo bardziej skomplikowaną strukturą.

    - Masz rację, kiedy mówisz, że nikt poza twoją własną, paranoidalną rasą nie uwierzy w te oskarżenia. I zaledwie kilku Ziemian miałoby powód i potrafiłoby dojść do takich skojarzeń. Wy, nieobliczalne potomstwo Ocalonych z Kossuutt - stworzenie wydało nieprzetłumaczalny odgłos: głębokie, basowe gulgotanie. - Zawsze istniało niebezpieczeństwo, że zaczniecie sprawiać kłopoty.

    - O czym on mówi? - Lalelelang ostro zwróciła się do swego towarzysza. - Co się tu dzieje, pułkowniku Nevan?

    - Skomplikowana sprawa. Nie denerwuj się.

    - Zaspokoję twoją przeklętą, ludzką ciekawość - odpowiedział Turlog - ale potem będę musiał cię zabić. Jestem pewien, że to rozumiesz.

    Lalelelang była zbyt zaszokowana, by drżeć:

    - Nie możesz tego zrobić. Turlogowie są cywilizowaną rasą. Spośród członków Gromady jedynie Ziemianie i Massudzi potrafią zabijać.

    - Nie masz nawet pojęcia, co potrafią kraby. - Straat-ien stał nieruchomo. - Dobrze wiadomo, że nasi przyjaciele Turlogowie nie są tak bardzo towarzyscy, jak na przykład S'vanowie, czy nawet O'o'yanowie. Prawda?

    Wpatrywał się w wielki, spłaszczony kształt.

    - Dobrze wiesz, że nie lubimy nawet towarzystwa naszych współbraci. Gdyby nie to, że potrzeba od czasu do czasu wymieniać pewne informacje, każdy z nas najchętniej trwałby w stanie cudownego odosobnienia. - Szypułki oczne pochyliły się w stronę Lalelelang. - Masz rację mówiąc, że nie potrafimy zabijać w taki sam sposób, jak szaleni Ziemianie. Nie potrafiłbym zmusić się do użycia pistoletu, czy zaostrzonego pala, ani dużego, tępego narzędzia.

    Lalelelang odpowiedziała piskliwym, ale zrozumiałym turlodzkim językiem:

    - Ciągle nie rozumiem, co się tutaj dzieje. Jeśli jesteś pewien, że nikt nie uwierzy w tezy mojego przyjaciela, po co mówisz, że nas zabijesz?

    - Środek ostrożności. Jesteśmy skrupulatnym gatunkiem, choć może na to nie wygląda. - Jedno oko obcego zwróciło się na Nevana. - Trudno jest wszystko ukryć, każdy fakt, każdą statystykę. Historyczne przypadki niełatwo pogrzebać. Przykro mi, że wasze wnioski muszą zniknąć wraz z wami.

    Lalelelang powoli przesuwała się tak, by ciężka, muskularna postać jej towarzysza z Ziemi znalazła się pomiędzy nią, a Turlogiem.

    - Powiedziałeś, że zaspokoisz ciekawość mojego towarzysza. Nie zauważyłam, żebyś to zrobił.

    Próbuje grać na zwłokę, zauważył Nevan. Co za spryciara.

    - Powiedzieć, jak to zrobił Ziemianin, że nie jesteśmy towarzyscy jest grubym lekceważeniem naszej psychologii. - Turlog dokładnie przyjrzał się Straat-ienowi. - Twoje rewelacje były przypadkowe.

    - Dużo wielkich odkryć nastąpiło przypadkiem - odrzekł Nevan.

    - Wiele innych nigdy nie nastąpi. Byłoby dla was lepiej przeoczyć to jedno. Czy wy naprawdę sądziliście, że możecie przyjść tu na dół, rzucić mi w twarz te oskarżenia i spokojnie odejść, by powiedzieć innym?

    - Musieliśmy się upewnić. Ujawnienie się wraz z moim odkryciem wydawało się najlepszym sposobem na to, żebyś się odsłonił.

    - A teraz będziesz liczył na swoje umiejętności ziemiańskiego wojownika, by się z tego wyplątać. - Gest ciężkiej, zakończonej szponami kończyny. - Wy Ziemianie jesteście najlepszymi żołnierzami, jakich Gromada kiedykolwiek miała, ale nie jesteście bogami. Nie jesteście wszechmocni. Obaj wiemy, że nie opuścicie tej komnaty żywi.

    - A co będzie, jeśli ci powiem, że tuż nad nami znajduje się cały oddział Ziemian i, że jeśli nie skontaktuję się z nimi o określonej godzinie, zaatakują ten pokój?

    - I co zrobią? Zabiją mnie? Żyję już kilkaset twoich ludzkich lat i nie obawiam się śmierci. Uważamy życie za ciężar; za coś, co trzeba tolerować, a nie delektować się tym. Cierpimy uwięzieni długo w tym ciele, nie stworzonym po to, by się nim cieszyć. Tak czy inaczej twoja próba się nie powiodła. Mam sposoby, by monitorować teren bezpośrednio przylegający do moich pokoi. Nie ma żadnej grupy Ziemian czekających, by mnie poćwiartować na twój rozkaz.

    Straat-ien wzruszył ramionami.

    - W porządku, blefowałem. Ale nie zrobiłbym tego, gdybym myślał, że nie uda mi się wydostać.

    - Blef w blefie - zamruczał Turlog. - Klucze w kluczach. Dziwne rzeczy, te klucze. Gdy się gubią, bardzo często są blisko siebie. Szypułka oczna znalazła chowającą się Lalelelang:

    - To wcale nie jest tak bardzo skomplikowane, historyku. Jedną z niewielu rzeczy, które Turlogowie lubią i starają się zachować jest nasze odosobnienie.

    - Nikt z własnej woli, nie odwiedza waszej planety - odpowiedziała - a wy nigdy nie wykazywaliście żadnego zainteresowania kolonizacją. Kontakty pomiędzy Turlogami a innymi gatunkami są w najlepszym wypadku minimalne.

    - Nie, nie rozumiesz. Twój wysoki towarzysz to odgadł. Lubimy swoje odosobnienie. Jest nas mało, a mimo to uważamy, że nasz świat jest zbyt zatłoczony. Cała galaktyka jest za bardzo zatłoczona... i zbyt wroga, oraz hałaśliwa. Jaskrawe, wrzaskliwe, gorączkowe miejsce, w którym przez przemądrzałość zmuszeni jesteśmy wspólnie mieszkać. Jedynie w niewyobrażalnym bogactwie pustki i ciszy odnajdujemy indywidualną pociechę. Zawsze najbardziej ubolewaliśmy nad tym, że nie możemy żyć w próżni, bo gdybyśmy mogli, z pewnością odlecielibyśmy do wielkiej pustki między galaktykami. Nasze roją się od innych istot rozumnych, które ciągle się rozmnażając, rozpełzają się na wszystkie strony, by zapełnić pierwotnie puste światy, odbierając samotność tym, którzy mogliby ją naprawdę docenić, każąc czysty eter swoimi podprzestrzennymi rozmowami i pojazdami. Tryliony trylionów, a wszyscy oddychają, jedzą i reprodukują się. - Glos Turloga zaczął rwać się. - Niezmierna, pęczniejąca potworność ucieleśnionej świadomości. To był wybuch, jakiego Straat-ien się nie spodziewał.

    - Nie chcesz chyba powiedzieć, że Turlogowie mieli coś wspólnego ze sprowokowaniem Wielkiej Wojny?

    - Nie. To byłby niecywilizowany czyn. Bierzemy udział w tej wojnie, bo tak jak każdy inny myślący gatunek, nie życzymy sobie być przyłączeni do tego metafizycznego Celu Ampliturów. Ale nie mamy nic przeciwko pojawieniu się ich.

    - To jest nikczemne. - Oburzenie Lalelelang wzięło górę nad strachem.

    - Nasz punkt widzenia, jak całkiem słusznie zauważył twój towarzysz, jest inny. Weź pod uwagę, że spośród wszystkich istot inteligentnych, jedynie Turlogowie potrafią myśleć o dwóch różnych rzeczach jednocześnie. Wojna wydawała się być bardzo użytecznym sposobem na spowolnienie, a może nawet ograniczenie nieokiełznanej ekspansji szkodliwych form życia. Poważny konflikt międzygwiezdny zredukowałby wzrost populacji i zablokował środki, służące kolonizowaniu cudownie pustych planet. Mówiąc w skrócie, wzmógłby odosobnienie. Tak też się stało, i jesteśmy zadowoleni. Cieszymy się śmiercią tysięcy istot po obu stronach konfliktu. Byłoby znacznie lepiej, gdyby użyto broni masowego rażenia i gdy tylko się dało, zachęcaliśmy do jej użycia, ale Ampliturowie chcieli nawracać żywych, a Gromada, uzyskać cywilizowany pokój. To jest godne pożałowania. Tylko w jednym przypadku udało się nam pokonać opory atakujących i spowodować eksterminację na zadowalającą skalę.

    - Houcilat! - wykrzyknął Straat-ien. - Byliście odpowiedzialni za Houcilat.

    - Nie. Otumanieni Krygolici byli odpowiedzialni za Houcilat. Nasze rekomendacje posunęły się tylko do pewnego momentu. Na końcu ci, którzy przekroczyli swoje uprawnienia dowódcze zostali ukarani przez Ampliturów. Szkoda, że są tak cywilizowani.

    Nevan przyglądał się Turlogowi;

    - A więc sugerujecie Gromadzie strategię i taktykę, a następnie przekazujecie te informacje Ampliturom, aby mogli podjąć odpowiednie kroki przeciw nam? Dzięki badaniom uświadomiłem sobie, że coś takiego zdarzyło się na Houcilacie, ale nie miałem dostępu do stosownych statystyk, by stwierdzić jak szeroko było to praktykowane.

    - Robimy tak gdzie tylko się da. Niestety nie możemy wpływać na każdą bitwę, na każdą potyczkę. Musimy też działać dyskretnie, by nikt nie zauważył, że wygrywamy obie strony przeciw sobie. Nigdy byśmy nie zgadli, że to Ziemianin będzie tym pierwszym, który na to wpadnie. Byliśmy zachwyceni, gdy twój gatunek przystąpił do wojny. Zanim to nastąpiło, musieliśmy się bardzo wysilać, żeby Ampliturowie nie wygrali. Później pomogliście uwolnić przestrzeń od wielkiej ilości istot. Problem polega na tym, że ponieważ wy też się rozmnażacie, to teraz Gromada staje się niebezpieczna. Nie wiemy, jak wam zagrozić, ale coś wymyślimy. Trwająca wojna wreszcie osłabi obie strony. Wasze przeludnione, tak zwane "cywilizacje" zachwieją się i zawalą. Z dużą radością oczekujemy waszego wzajemnego unicestwienia. Nie chcemy dominować, tylko zniszczyć tych, którzy będą dominować. Tylko wtedy Turlogowie znów osiągną prawdziwe odosobnienie. Tylko wtedy znowu będziemy cudownie samotni.

    - Myślę, że już teraz jesteście zupełnie samotni - odpowiedział mu Straat-ien. - Jesteście bardziej odosobnieni, niż możesz sobie wyobrazić.

    - Wyczuwam sarkazm zamiast strachu. - Turlog nieznacznie przemieścił swoje cielsko. - Nadszedł czas, by zakończyć tę rozmowę.

    Nevan zacisnął pięści.

    - Jesteś wielki i powolny. Nie mam broni, ale mimo to mogę cię rozerwać na strzępy.

    - Pod moim plastronem znajduje się przycisk, który mogę włączyć siadając. Chciałbym podkreślić, że znajdujemy się w zamkniętym pomieszczeniu. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że Turlogowie dzięki bardzo powolnemu metabolizmowi mogą przetrwać, choć tylko przez krótki czas, w obniżonym ciśnieniu atmosferycznym, które jest zabójcze dla większości wyższych form życia oddychających tlenem. Stworzenie takich warunków to nie to samo, co wywijanie przedmiotem zrobionym wyłącznie dla spowodowania fizycznej krzywdy innej istocie, takim jak pistolet, czy nóż. Jeśli wykonasz jakiś ruch w moim kierunku, usiądę. To uaktywni wspomniany przycisk, powodując zablokowanie drzwi, przez które tu weszliście i wyssanie powietrza do stopnia pewnej niewygody dla mnie, ale śmierci dla was.

    - Ale nie zrobisz tego. - Straat-ien wbił wzrok w wyłupiaste oczy.

    - Nie zrobię? - Ciężko opancerzone cielsko opadło nieco i Lalelelang głośno westchnęła. - Dlaczego nie?

    Ziemianin nawet nie mrugnął, a jego głos był równy i zimny:

    - Bo ja ci mówię, że nie możesz.

    Turlog zadrżał ledwo dostrzegalnie. Jego translator zakasłał:

    - Zamierzam... to... zrobić.

    - Nie, nie zrobisz. - Gdy Ncvan postąpił krok do przodu, La-lelelang wpatrzyła się w niego szeroko rozwartymi oczyma. - Zamiast tego, uniesiesz się bardzo ostrożnie znad przedmiotu, nad którym się, nachylasz i odejdziesz w lewo tak, żebyś stał koło okna. Potem będziesz tam stał, aż ci każę zrobić coś innego.

    - Nie... zrobię... tego.

    Wymachując szypułkami z wyraźnym poruszeniem, Turlog podniósł swoje ciało i przesunął się pod sięgające sufitu okno ociężale i równie niechętnie, co zapaśnik sumo odesłany z maty do szatni decyzją sędziego. Drobne promienie rozproszonego słonecznego światła przenikały ukośnie przez wodę, pokrywając plamkami jego pancerz grzbietowy.

    Czub Lalelelang był w pełni uniesiony, a opalizujące pióra błyszczały w mdłym świetle.

    - On zrobił dokładnie to, co mu kazałeś, Nevan. D l a c z e g o ?!

    - Nie teraz - odpowiedział z roztargnieniem, patrząc w stronę Turloga, który czekał na jego polecenia przy oknie, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. - Czy wszyscy Turlogowie biorą udział w tym obłudnym przedsięwzięciu? Odpowiedz mi!

    Dudniąca odpowiedź była niezdecydowana. Turlog mówił wbrew swojej woli:

    - Nie. Ci, co zdecydowali się brać w tym udział próbują działać jednomyślnie. Pozostali wybrali tradycyjną izolację, chcąc mieć możliwie jak najmniej kontaktu z każdą ze stron.

    Straat-ien wydał z siebie mruknięcie pełne satysfakcji.

    - A więc nie cały gatunek jest winny. To już coś. Podwoił swe skupienie.

    - Nie... rób... tego - zajęczał Turlog.

    - Muszę. - Nevan był całkowicie skoncentrowany na ich gospodarzu.

    - Jesteś jak... jak Amplitur.

    - Zamknij się. - Znalazłszy potwierdzenie wszystkich swoich podejrzeń i obaw, Nevan nie był w łagodnym nastroju. Wiedział, że Laleielang gapiła się na niego ze zdziwieniem, ale nie mógł poświęcić jej nawet jednego spojrzenia. To, co robił było delikatne i wymagało jego niepodzielnej uwagi.

    Wspomnienia i wiedza pomagały mu skupić wysiłek. Houcilat, jego pradziadkowie, utraceni krewni, których nigdy nie pozna, nigdy nie spotka. Wiele z tego bólu było wynikiem dwulicowości Turlogów. Ale gdyby nie było Houcilat, nie byłoby Ocalonych, szanownego Ranji-aara, ani wydobycia na światło dzienne uśpionego talentu Ziemian, równego umiejętnościom Apmliturów. Może tak byłoby lepiej. Talent został odkryty, był prawdziwy, przekazywano go z pokolenia na pokolenie i ci, którzy teraz go posiadali, musieli sobie z nim radzić. Umiejętność ta oraz sytuacje przez nią tworzone nie mogły być ignorowane.

    Zdecydował się zacząć od szypułek ocznych i posuwać się w kierunku żywotnych organów. Będą pytania, to jasne. Dużo pytań. Turlogowie byli ogólnie szanowani, ale później znajdzie jakieś wyjście, wymyśli jakieś wiarygodne wytłumaczenie.

    Giętki wierzchołek skrzydła złapał jego ramię z siłą zdolną wyrwać mu je ze stawu, a nie tylko z transu.

    - Nie wolno ci. To jest Turlog, cywilizowana istota.

    - Dla mnie, dla ciebie i dla całej Gromady to zdrajca. Nie lepszy od Krygolity, czy Mazveka - odpowiedział twardo. Ujrzała mordercze spojrzenie jego oczu i cofnęła się. - On musi umrzeć.

    - Będą pytania.

    - Kiedy padną, odpowiem na nie. Najpierw muszę się nim zająć. Nie ma innego wyjścia. - Pochylił się do przodu. Sparaliżowany Turlog zadrżał, ale nie próbował uciekać. Nie mógł. Przymus, który Straat-ien umieścił w jego mózgu był zbyt silny. - Chyba, że...

    Zorientował się, że może oszczędzić jej gwałtownych scen. Wyprostował się i zwrócił z całą mocą do swojej bezsilnej ofiary:

    - To było bardzo interesujące spotkanie. Szanujemy twoje poglądy i jestem pewien, że ty również szanujesz nasze. Mam rację?

    - Tak. Bardzo... interesujące poglądy. - Turlog odpowiedział bez zwłoki.

    - Czasami korzystne jest, gdy przedstawiciele różnych gatunków wymienią poglądy, nawet w błahych sprawach, Prawda?

    - Błahe sprawy. - Turlog zachwiał się lekko. - To jest oczywiste.

    - Teraz odejdziemy. - Straat-ien odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Osłupiała, ale czujna Lalelelang podążała obok. - Gdy już wyjdziemy, stwierdzisz, że nie chce ci się dłużej żyć i podejmiesz odpowiednie kroki. Dziękujemy za twój czas.

    - Proszę bardzo.

    Turlog powrócił do garbu na podłodze. Lalelelang zesztywniała, gdy wyciągnął kończynę w stronę niewidocznych przycisków, ale uczynił to tylko po to, by otworzyć drzwi.

    Zamknęły się one za nimi bezgłośnie. Byli z powrotem w korytarzu.

    Zaczekała, aż w polu widzenia pojawi się winda.

    - Jak możesz być tak pewny?

    - Pewny czego? - Szedł koło niej patrząc do przodu, z ponurym wyrazem twarzy i myślami błądzącymi gdzieś indziej. Kadra będzie musiała być poinformowana o rażącej obłudzie niektórych Turlogów. Tymi konkretnymi, aspołecznymi obcymi trzeba się będzie zająć w ten sam sposób, w jaki on właśnie postąpił z ich przedstawicielem na Chemadii. Trzeba będzie przesunąć ludzi na odpowiednie pozycje. Operacja będzie delikatna i zajmie sporo czasu, ale będzie mniej ryzykowna, niż próba wyeliminowania wszystkich zdrajców w tym samym momencie. Fizyczna przemoc na taką skalę skierowałaby na Kadrę stanowczo zbyt wiele niewygodnego zainteresowania.

    Poza tym, to nie było konieczne. Turlogowie współpracujący z siłami Gromady mogli być pojedynczo odnalezieni i przepytani. Wtedy, jeśli to byłoby konieczne, można będzie się nimi zająć. Zmienienie stosunku wybranych osobników do sprawy za pomocą umysłowej sugestii byłoby czymś gorszym. Dopuszczenie, by Ampliturowie zetknęli się z byłymi pomocnikami, którzy zostali tak potraktowani, byłoby niebezpieczne. Ten cały prastary spisek musiał być wyeliminowany tak, by o jego istnieniu nie dowiedziała się Gromada.

    Wszystko, czego było potrzeba, to żeby kilku członków Kadry wykonało właściwe sugestie.

    Lalelelang oglądała się za siebie.

    - Jak możesz być pewien teraz, gdyśmy wyszli, że on nie powróci do swoich oryginalnych myśli i nie będzie robił tego, co przedtem?

    - Bo wiem to z poprzednich doświadczeń. Dostosuje się do moich poleceń.

    - Nie będzie pamiętał, co mu zrobiłeś i nie będzie kontratakował?

    Lakonicznie kiwnął głową, wiedząc, że znała ten gest i jego znaczenie i że go rozpozna.

    - Jeśli będzie próbował przypomnieć sobie szczegóły naszej wizyty, będzie miał nieokreślone i nieuchwytne myśli o niczym szczególnym. Po jakimś czasie całkowicie o tym zapomni. - Jego głos był ponury. - Potem dostosuje się do ostatniej części mojej instrukcji. Drzwi windy otworzyły się, wpuszczając ich do środka.

    - Pogwałciłeś jego umysł.

    Szturchnął przycisk piętra, na które chcieli dojechać, Drzwi zamknęły się i kabina zaczęła się wznosić.

    - Nie. Po prostu uczyniłem pewną sugestię, która została przyjęta.

    Dokładnie uświadamiała sobie ich samotność w unoszącej się windzie. A jednak nie uczynił żadnego ruchu w jej kierunku.

    - Jak zrobiłeś, aby odsunął się od wyłącznika powietrza (którego użyciem nas straszył), i by stanął bez ruchu przy szybie? To było coś znacznie większego, niż sugestia. Nie mógł się temu oprzeć. Był bezsilny.

    - Potrafię być bardzo przekonywujący - odpowiedział jej, zdając sobie sprawę z tego, że nic, co powie nie cofnie tego, co widziała własnymi oczami.

    - To było coś więcej, niż tylko zwykłe słowa. Turlogowi pozostało jedynie tyle zdrowego rozsądku, by się podporządkować. Skomentował, że masz taki sam wpływ na jego umysł jak Amplitur. Przekonałeś go równie efektywnie, jak Amplitur.

    Biorąc pod uwagę jej położenie, trzymała się bardzo dzielnie. Podziwiał ją za to.

    - Pułkowniku Nevan, kim jesteś?

    - Westchnął.

    - To jest dar, który posiada bardzo niewielu z nas, tylko ci, którzy są potomkami Ocalonych z Kossuut. Pamiętasz istotę eksperymentu Ampliturów: zmodyfikować pojmane ludzkie dzieci, żeby walczyły dla nich. Zrobili to za pomocą takich genetycznych zmian w umysłach i ciałach, by myślały, że są Ashreganami. Gdy wielki Ranji-aar, pierwszy Ashregan - Ziemianin został ujęty i operacyjnie przywrócono mu jego ludzką postać, miała miejsce przemiana, której ani on, ani operujący go Hivistahmowie nie mogli przewidzieć. Ampliturowie wszczepili w mózg każdego ziemiańskiego, a wychowanego jak Ashregan dziecka sztucznie stworzone, organiczne ogniwo neuronowe. Było ono pomyślane jako blokada wrodzonej zdolności układu nerwowego każdego Ziemianina do obrony przed sondowaniem umysłów przez Ampliturów. Hivistahmowie - chirurdzy przecięli w trakcie operacji połączenia pomiędzy ogniwem, a resztą mózgu. Myśleli, że rezultat ich pracy będzie permanentny, ale nie docenili samoregeneracyjnych zdolności wbudowanych w owoce organicznej inżynierii Ampliturów. Bez wiedzy chirurgów, czy kogokolwiek innego, neuronowe połączenia same odrosły. Ale zamiast dokładnie odtworzyć oryginalne ścieżki neuronowe stworzone przez Ampliturów, odrastające włókna nerwowe przeniknęły i podłączyły się do normalnie nie używanej części ludzkiego mózgu, W wyniku tego, uaktywnił się wcześniej nieznany talent Ziemian. Okazało się, że jest to ta sama zdolność do sugerowania innych inteligentnych stworzeń, jaką zawsze posiadali Ampliturowie. W tym przypadku ich delikatne, genetyczne manipulacje zemściły się na nich. Podobnie, jak Ampliturowie, nie możemy sugerować naszych współbraci. Nie potrafimy porozumiewać się telepatycznie jak oni. Ale z tego co wiemy, nasze zdolności do przeciwstawienia się sondowaniu naszych mózgów zostały w pełni przywrócone. Pod tym względem jesteśmy bardziej kompletni, a przez to, niebezpieczniejsi, niż oni. Ale tylko dla nich i ich sprzymierzeńców. Jesteśmy bardzo selektywni jeśli chodzi o to, kiedy i gdzie użyć naszego daru. Bardzo wybiórczy. Widziałaś przykład działania sugestii podczas bitwy o odbicie delty spod kontroli Krygolitów. Zauważyłaś jak sierżant Conner przekonał oddział Massudów, by powrócił do walki.

    - Ach. To wyjaśnia twoje indagacje.

    Straat-ien przytaknął.

    - Powiedziałem mu, że niczego nie podejrzewasz, co wtedy było prawdą. - Przyjrzał się jej badawczo. - Nie przypuszczałem, że Turlog zagrozi nam obojgu w sposób, który wykluczy użycie przeze mnie siły fizycznej. Gdy to zrobił, nie pozostawało mi nic, oprócz użycia sugestii. Nie było czasu, by próbować czegoś innego.

    Spokojnie nacisnął guzik oznaczony STOP. Winda zatrzymała się pomiędzy piętrami. Obserwowała, jak obraca się, aby stanąć z nią twarzą w twarz.

    - Niestety, widziałaś więcej, niż trzeba, by zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje, nawet gdyby Turlog nie wskazałby ci prawdy. Teraz, gdy wszystko ci wytłumaczyłem tak, byś to zrozumiała, jak myślisz, co powinienem z tobą zrobić?

    Jego palce zwarły się, a mięśnie sprężyły w oczekiwaniu. Teraz nie mogła już nic zrobić.

    Nic nie mówiła, ale jej umysł pracował gorączkowo. Nie spodziewał się takiej reakcji. Ale z drugiej strony, podróżując w jej towarzystwie i obserwując ją tak długo, powinien już być przygotowany na coś nadzwyczajnego.

    Nie błagała go o życie, ani nie próbowała usprawiedliwić swojej postawy. Nie usiłowała też się z nim sprzeczać.

    Powiedziała za to:

    - Pozwól mi się zbadać!

    - Słucham?

    - Zbadać. Twoi ludzie, ci zmodyfikowani Ziemianie, oni potrzebują historyka. Kogoś, komu mogą ufać bez zastrzeżeń, kto będzie nad nimi czuwał i utrwalał ich czynności. To nie może być inny Ziemianin, który mógłby niezręcznie odkryć ich istnienie przed Gromadą, nie wspominając o swoim własnym, niezmodyfikowanym rodzaju. To musi być ktoś z zewnątrz, kto ma specjalne przygotowanie, kto potrafi analizować, obserwować i sugerować... choć w mniej skuteczny sposób.

    - Sami możemy siebie badać - zamruczał.

    - Nie oczami nie-Ziemianina. Mogę nadać waszej sytuacji perspektywę, której w inny sposób nie zdobędziecie. Poza tym mogłabym się założyć, że nie macie pośród siebie ani jednego wyszkolonego socjo-historyka.

    - Nie znam żadnego - parsknął - ale to nie oznacza...

    - Oczywiście, że tak - wtrąciła szybko. - Wy wszyscy trenowaliście, by być żołnierzami, by walczyć. Każdy Ziemianin to robi. I tak powinno być. Nie macie wiedzy, ani czasu by prawidłowo obserwować siebie samych. Nie widzisz? Tak wiele można się dzięki temu dowiedzieć.

    - Jak przypuszczam, ty jesteś tą, która to zrobi.

    - A kto jest lepiej do tego wyszkolony? Kto spośród nie-Ziemian spędził więcej czasu studiując was, niż ja? - Nagle zdał sobie sprawę z tego, że poruszenie spowodowane jest raczej podnieceniem, niż strachem. - Ja to widzę jako proste przedłużenie pracy, którą już rozpoczęłam. Fascynujący dodatek.

    - Śmiertelny dodatek.

    - Pomyśl jak cenne może się to okazać dla twoich ludzi - argumentowała żarliwie. - Mogę być wśród nich, obserwować, nagrywać, analizować. To dałoby całkowicie odmienny punkt widzenia na wasz rozwój.

    Oparł się o ścianę windy.

    - A jak już zdecydujesz, że zgromadziłaś dość informacji, znikniesz pewnego dnia, by przekazać swoje odkrycia Gromadzie i zainicjować nasz pogrom.

    - Nie! - Gwałtowność jej reakcji zaskoczyła go. Zaskoczyła również ją, ale ani nie przeprosiła, ani się nie wycofała. To był przykład na to, pomyślała, że przejęła niektóre cechy Ziemian. - To jest coś, co zrobię dla siebie, jak i dla was. Wszystko co zdobędę, wszelkie nagrania będą pod twoją ścisłą kontrolą.

    - Poza tym - dodała uparcie - tak długo, jak będą pracować w twoim towarzystwie, zawsze możesz mnie zabić. Wydaje mi się, że to ja biorę na siebie większe ryzyko, niż ty.

    Przez długą chwilę mógł jedynie na nią patrzeć, tak wielki był jego podziw.

    - Informacje łatwo skopiować - udało mu się wreszcie powiedzieć.

    - Będę ci oddawać na przechowanie wszystkie oryginały, jak tylko powstaną.

    - Targujesz się o ocalenie życia.

    - Spieram się w imieniu unikalnej naukowej szansy - odparowała. Mimo usilnych starań, jakoś nie mógł sam siebie przekonać, że ona mówi nieprawdę.

    - Jeśli chodziłoby mi o to pierwsze, to dlaczego proponowałabym, że cały czas będę się trzymać blisko ciebie? Jej pióropusz wreszcie się opuścił. - To byłoby najwspanialsze osiągnięcie w mojej karierze zawodowej. Zostawiłabym po sobie coś wybitnie użytecznego.

    - Ja nie...

    Widząc, że już się łamie, zaryzykowała ostateczny - miała nadzieję - argument:

    - Pamiętaj, że w każdej chwili możesz mi zasugerować, żebym zapomniała o tym, co się tu dzisiaj zdarzyło. Możesz mi zasugerować, żebym zapomniała wszystko, czego się dowiedziałam. Możesz mi nawet zasugerować, żebym się zabiła, jak to zrobiłeś z Turlogiem. - Jej rozwlekły, trelujący głos stał się bardziej miękki. - Właściwie to skąd mam wiedzieć, czy już nie posiałeś takiej sugestii w moim umyśle. A mimo to stoję tu oferując ci swoją pomoc i zaufanie.

    Spodziewała się wszystkiego, od możliwych sprzeciwów, do rozsądnych alternatyw. Trudno mu było nadążać za nią. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę z tego, jak nadzwyczajny umysł ukrywał się za tymi błękitnymi, obcymi oczyma, w tej ptasiej głowie, pod tymi myląco ozdobnymi piórami.

    - Mogłaś mnie zabić - mruknął - i żyć bezpiecznie ze swoją wiedzą.

    Zareagowała pogwizdującym śmiechem:

    - Jestem Waisem. Czy naprawdę możesz sobie wyobrazić, nawet po tym, co przeszłam, jak planuję, a potem dokonuję morderstwa na Ziemianinie? Gdybym nawet była wystarczająco szalona, by tego spróbować, czy rzeczywiście myślisz, że nie potrafiłbyś mnie powstrzymać?

    - Przepraszam. To jest bardzo ważne i muszę brać pod uwagę każdą możliwość.

    - Wiem. - Otwarcie okazywała mu współczucie, co tylko utrudniało sprawę. Powiem ci, co teraz czujesz. Odczuwasz osamotnienie zarówno w stosunku do normalnych Ziemian, jak i twojego specjalnego rodzaju. Jesteś wyjątkowy. Ja, na swój sposób, również. Oboje jesteśmy wyobcowani, pułkowniku Nevan. Ty przez genetyczny wypadek, a ja z wyboru. To, że oboje potrafimy zrozumieć sytuację drugiej osoby pozwoli nam wspólnie pracować ku obopólnej korzyści.

    - Jesteś szalona, wiesz o tym?

    - Nie. Jestem tylko osobą całkowicie oddaną swemu powołaniu, która widzi przed sobą możliwość utrwalenia i przestudiowania jednego z najistotniejszych wydarzeń w ciągu ostatniego tysiąca lat rozwoju waszej rasy. Nie sądzę, żeby to kwalifikowało mnie do miary szaleńca. Może się nawet okazać, że twój gatunek posiada nie wykryte dotychczas informacje, o które przewróci się moja pesymistyczna hipoteza.

    Zamrugał.

    - Jak to możliwe? Mówiłem ci, że nie potrafimy wpływać na innych Ziemian.

    - A któż może stwierdzić co potraficie, a czego nie, czy twoi ludzie mogą, albo nie, wpływać na przebieg galaktycznej ewolucji? W tej chwili wasza obecność na społecznej scenie Gromady jest skromna i ograniczona. Któż może zadecydować jak, kiedy i gdzie to się zmieni? Reprezentujecie całkowicie nowy czynnik rozwoju socjalnego. Nikt nie może powiedzieć, jaki kierunek przyjmie wasze oddziaływanie w przyszłości, a zwłaszcza, gdy skończy się wojna. Z każdą kolejną generacją wasz dar wzmocni się, lub osłabnie. Nie możesz tego przewidzieć. Możesz jedynie utrwalać to, badać i analizować, tak, abyście byli jak najlepiej przygotowani na wszystko, co się zdarzy. Pozwól mnie, która może zaoferować coś, czego nie posiada nikt z twoich pobratymców, być częścią tego procesu. Potrzebujesz mnie, pułkowniku Nevan. Ty i twoi ludzie potrzebujecie mojego punktu widzenia.

    Szczupła, opierzona, przesadnie wystrojona postać wpatrywała się w niego wyczekująco. Wiedział, że może ukręcić tę giętką szyję o pustych kościach jedną ręką równie łatwo, jak zasugerować jej właścicielce, by po powrocie na powierzchnię weszła w morze, albo skoczyła z dachu wysokiego budynku. Była wobec niego całkowicie bezsilna zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

    Tylko, że... to co mówiła, miało sens.

    No i mógł ją przecież zabić później, wybierając nawet korzystniejsze miejsce.

    - I nie boisz się pozostać w moim towarzystwie wiedząc, że w każdej chwili mogę się ciebie pozbyć, albo zasugerować, żebyś zrobiła to sama?

    - Oczywiście, że się boję. Jestem gotowa do poświęceń, a nie otumaniona. Ale całe moje życie składa się z podejmowania ryzyka. Nie mam zamiaru teraz właśnie się zmieniać.

    Straat-iena uderzyła myśl, że to było bardzo ludzkie powiedzenie.

    - Będę cię bezustannie obserwował. Jeśli nabiorę podejrzeń, że chcesz uciec, albo zdradzić choćby cień tego, co wiesz...

    Jej głowa aż podskoczyła, gdy mu przerwała:

    - Wiem. Byłbyś głupcem, gdybyś postąpił inaczej.

    Wyciągnął do niej rękę, a ona zrobiła instynktowny unik:

    - Szanowna Uczona Historyczko Lalelelang z Mahmaharu, witaj w Kadrze.

    Sztywny dziób nie pozwalał jej na wykonanie ludzkiego uśmiechu i prawdę mówiąc nawet nie zamierzała tego robić. Skrzydła i ciało, szyja i oczy, pióra i rzęsy zawirowały w najbardziej wyszukanym geście uniesienia.

    Oczywiście, większość z tego i tak była całkowicie niezrozumiała dla mało spostrzegawczego Ziemianina.



Strona główna     Indeks